Miasto – miejsce spotkań

Obecne zmiany w miastach budzą kontrowersje. Niestety jest słyszalna tylko jedna strona – „progresywna”. Tymczasem po głębszym zastanowieniu zdrowy rozsądek zmusza do refleksji nad kierunkiem zmian.

Czym jest miasto? Jak to się stało, że miasto jest kluczowym miejscem cywilizacji? Co jest powodem, że ludzie do miasta się garną?

To wszystko brzmi jak pytania filozoficzne, ale odpowiedzi na nie mają realne skutki. Dla życia mieszkańców. Dla społeczności. Dla budowy dobrych rozwiązań. Miasto jest miejscem spotkań różnych ludzi. Można mieszkać w Bieszczadach lub na głębokiej wsi – i wielu ludzi sobie ceni taki bezpośredni kontakt z „dziką przyrodą”. Która już jest coraz mniej dzika, bo człowiek dotarł wszędzie… Jednakże taki „kontakt z przyrodą” ma koszty. Jedna, daleka szkoła. Jeden ośrodek zdrowia, czynny od poniedziałku do piątku w godzinach 7:00-15:00. Jeden punkt apteczny. Dwa sklepy spożywcze, jeden magazyn pełniący rolę składu budowlanego, składu węgla i wypożyczalni sprzętu rolniczego (a czasem i punktu skupu). Nie licząc wycia wilków, odgłosów godowych jeleni i innych dźwięków przyrody cisza, spokój, sielanka.

Jednakże dla niektórych obywateli to nie jest cel sam w sobie. Wolą mieszkanie w miejscu gdzie zagęszczenie ludzi jest większe. Wolą ponosić koszty wielu interakcji społecznych. Co zyskują? Możliwość znacznie szybszego rozwoju osobistego. Znacznie szybszego rozwoju zawodowego. Wyższych zarobków (przeciętnie, w Bieszczadach też można zarobić nieźle). Dostępu do lepszej edukacji, często rozumianej jako wybór pomiędzy szkołami lub uczelniami wyższymi. Dostępu do kultury (kina, teatry, filharmonie). Dostępu do miejsc spotkań (knajpy, imprezy, wystawy). To wszystko wymaga infrastruktury. Aby zbudować filharmonię (co pokazuje przykład świetnej budowy NOSRP w Katowicach) wymagane jest miejsce (teren wyznaczony przez miasto), ambicja (ludzie w mieście chcą mieć filharmonię), budżet (300 mln PLN), wykonawcy. Tego nie można znaleźć w Bieszczadach, to tylko tworzy się w mieście. Dotyczy to tak samo innych „miejskich” miejsc jak urzędy (miejskie, samorządowe, wojewódzkie i państwowe), firm (siedziba firmy jest raczej w mieście niż poza miastem – dotyczy zwłaszcza większych firm), sądy i cały wymiar sprawiedliwości (wyjątkiem są więzienia, które z naturalnych przyczyn raczej lokuje się na bardziej bezludnych obszarach). Dzięki temu iż ludzie się gromadzą w mieście powstaje synergia – wymiana myśli. Powstają uczelnie wyższe (publiczne i niepubliczne). A to przyciąga więcej ludzi bo oznacza pracę, możliwość awansu, rozwoju osobistego i zawodowego czy po prostu możliwość kontaktów międzyludzkich.

Obecnym wyzwaniem jest wizja miasta. Aktywiści przekonują do rowerów cargo, miasta 15 minutowego, i innych radosnych pomysłów. Tymczasem znacząca większość mieszkańców nie ma czasu, energii i ochoty na spotkania w środku dnia i dyskusje czy rzeczywiście brak idealnego 1,5m odległości na chodniku w jednym miejscu jest sprawą nie cierpiącą zwłoki i wymagającą tak znaczącej aktywności. Spora większość woli skupić się na zadaniach w pracy, kwestii rachunków za media, opiece nad dziećmi czy miłym spędzeniu czasu z bliskimi.

Problem polega na tym, że o ile obywatele miasta nie interesują się polityką, to polityka zainteresuje się nimi. Masowe wprowadzanie strefy parkowania na terenie praktycznie całego miasta (są takie propozycje), słupkoza, wizja popijania sojowego latte i woonerfy (zielone strefy wyłaczone z ruchu z anemicznymi drzewkami w dużych doniczkach i parę średnio wygodnych ławek nieprzydatnych w upale i zupełnie niepraktycznych w deszczu) to obecne trendy. Które spełniają wizję wyraźnej mniejszości, głównie dlatego, że większość nie ma ochoty uczestniczyć w tej dyskusji. Jeżeli jednak nie będziemy uczestniczyć – obudzimy się w miejscu, które będzie skrajnie nieprzyjazne, w dodatku dla nas wszystkich.

Ta wizja zmiany proponowana przez aktywistów miejskich jest po prostu szkodliwa dla miasta. I o tym zamierzam pisać.